Czas akcji: wczesny, niedzielny wieczór
Miejsce akcji: przystanek autobusowy
Wysiadam z autobusu, razem ze mną kilka osób, kila osób stoi na przystanku...
Na ziemi, obok rozkładu jazdy leży mężczyzna, ok. 60, z większością swojego dobytku obok siebie.
Początkowo przechodzę obok, myśląc "pijany, za chwilę wstanie, nie on pierwszy nie ostatni.". Idę w swoją stronę, ale coś nie daje mi spokoju, odwracam się - mężczyzna nadal leży, obok niego stoi młody chłopak. Wiedząc, jaka znieczulica społeczna panuje decyduję się podejść. Zauważam, że mężczyzna krwawi, ma rozcięte czoło (?). Jeszcze nie zdążyłam do końca zadać pytania, młody mnie uspokaja "spoko, dzwoniliśmy, karetka już jedzie." Pytam czy jest pijany, chłopak ze śmiechem odpowiada "I to jak! Ale nieważne, czy pijany czy nie - pomóc trzeba". W tym momencie zapaliła się we mnie iskierka nadziei, że może ludzie wcale nie są aż tacy źli... Postanowiłam zaczekać do przyjazdu sanitariuszy. W oczekiwaniu na karetkę próbowaliśmy uspokoić mężczyznę, że jego rzeczy nadal leżą obok niego, że nikt mu nic nie zabierze. W międzyczasie przez przystanek przewinęło się kilka osób, zatrzymali się, popatrzyli na mężczyznę, pokiwali głowami i spojrzeli na nas. W spojrzeniu masa pretensji, więc mówimy, że dzwoniliśmy na pogotowie, odchodzą. Jednak nic nie przebije faceta z psem. Zainteresował się, mówimy, że dzwoniliśmy jakieś 10 minut temu, czekamy. Na co on "i gdzie oni kurwa są?! Co oni sobie myślą? Facet zdążyłby się wykrwawić a ich nadal nie ma! Zadzwonię tam i zrobię z nimi porządek!" Staram się grzecznie wytłumaczyć, że nie ma sensu dzwonić po raz kolejny, że oni przyjęli zgłoszenie i musimy czekać. Myślałam, że poszczuje mnie tym dobermanem. "Jak kurwa czekać? Facet krwawi..." (wyjaśnienie: owszem, krwawił, jak to z rozciętego czoła, ale tak poza tym miał się całkiem dobrze. Oddychał, kontaktował, ba! nawet śpiewał.)
Udało nam się pozbyć poirytowanego faceta z psem. Odszedł oburzony "bo co oni sobie kurwa wyobrażają?!"
Karetka w końcu przyjechała, pozbierali go i pojechali z nim do szpitala.
Chwali się to, że ktoś zdecydował się pomóc, zareagować. Tylko ludzie muszą jeszcze zrozumieć, że fakt, iż stacja pogotowia (wyjazdowego) znajduje się max 500 metrów od miejsca zdarzenia, nie oznacza, że oni będą w ciągu minuty na miejscu. Przynajmniej nie w takim przypadku ;)
Tak, wiem, że czasem karetka nie zdąży na czas. Tylko zastanówmy się czy to rzeczywiście wina zespołu, który w naszym mniemaniu nic nie robi czy składają się na to inne czynniki. Jak chociażby fakt, że ktoś niepotrzebnie wydzwania i zajmuje linię, że są korki, że my źle poinformowaliśmy dyspozytora...
Dlatego proszę, nie przeklinajcie tylko dlatego, że musieliście czekać 10 - 15 minut na karetkę do takiego zgłoszenia jak opisane powyżej. Być może ktoś inny potrzebował jej bardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz