W sobotę razem z moim D. byliśmy w kinie. Zostałam zaproszona na "Everest" i chyba nie mógł wybrać lepiej, biorąc pod uwagę moją miłość do gór.
Muszę przynać, że początkowo byłam niezadowolona z tego, że film jest z napisami, że seans na 22:30... ale gdy tylko seans się rozpoczął odpłynęłam,
Jeśli ktoś chce się wybrać na "Everest" niech nie liczy na spektakularne efekty specjalne, ale może liczyć na piękne widoki gór. Być może, chociaż na chwilę zaprze Wam dech w piersiach tak jak i mnie się zdarzyło, Akcja filmu rozgrywa się w 1996 roku, opowiada tragiczną historię himalaistów, którym przyszło zmierzyć się z surowymi warunkami panującymi w górach. Jednak coś jest w stwierdzeniu, że miłość i piękno mogą zabić. W filmie ukazana jest surowość, brutalność, walka, którą człowiek musi zmierzyć z górą, ale przede wszystkim z samym sobą aby zdobyć szczyt. Pokazane jest to, co ciężko zrozumieć przeciętnemu człowiekowi, który uważa, że da radę, wie lepiej. Czasem trzeba odpuścić tuż przed szczytem, aby móc zejść na dół, aby przeżyć. Gdy zaczyna brakować tlenu, gdy człowiek jest wycieńczony, a na dodatek pogoda gwałtownie się zmienia... można zginąć i zdarza się to nawet najlepszym. Dlatego warto o tym pamiętać idąc także w nasze Tatry. Nie tylko niedoświadczeni i na ośmiotysięcznikach giną...
Zdecydowanie polecam, film sprawił, że czułam się jakbym była członkiem wyprawy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz